Hamburgerowa masakra

hamburgery najlepsze burgery, w Polsce Lublinie dodatki do burgerów blog kulinarny mEATing warsztaty pokazy kulinarne Dawid Furmanek


Dobra, przyznaję się bez bicia. Daaaawnooooo nie pisałem na blogu. Ale nie wytrzymałem. Narastało to we mnie. Jakby to nazwać? Złość? Frustracja? Ignorancja? Idiotyzm? Chyba wszystko po trosze. Od dobrych kilku lat gastropolską zawładnęły burgery. Naprawdę są różnej maści – rozmaite dodatki, mniej lub bardziej wyrafinowane wkłady mięsa między bułką itd. Ale w tym poście nie chodzi mi, broń Boże, o to, co jest dawane do burgera – jakie mięso, jakie dodatki. Chciałbym podkreślić ilość składników, która przekłada się na WIELKOŚĆ burgera.

Hamburgerowa masakra


Bo wielkość ma znaczenie…

Już nie wystarczy zrobić burgera z wkładem w granicach 120-250g mięsa, kilka innych dodatków i zapakować to w dobrą bułę. Nie. Bo przecież trzeba napieprzyć min. 5 kotletów i zrobić z tego Jengę. Bo teraz trzeba zrobić z konsumenta/gościa knajpy maszynkę do zjadania takich ilości, których nikt nie jest w stanie przejeść. Restauracje / burgerownie zaczęły się prześcigać w tym, kto ułoży więcej dodatków między pieczywo. No po prostu zajebiście. Szybka kalkulacja kosztów, smażymy mięso, grzejemy bułę, plasterek czegoś zielonego, a chuj, dodajmy jeszcze garść bekonu i miskę sera żółtego. Często-gęsto bez podawania do informacji publicznej ceny takiego burgera. Niech ma nasz kochany gość – porządna strawa. Pewnie potrzebuje mnóstwa energii. Ale czy to wystarczy? To może dla pewności dorzućmy jeszcze miskę surówki i wiadro frytek. No, teraz to jest git. Ale wróćmy do samego burgera.

Zastanawiam się, kto wymyślił to ładowanie w górę kolejnych kotletów. Co autor miał na myśli tak naprawdę, komponując takie danie. No nie wiem, chyba, że chodzi tylko o to, że skoro jest tam np. 5 kotletów po 200-250g, to muszę się wybrać całą rodziną lub paczką znajomych i zamówić jedno takie danie i każdemu rozdać po kotlecie, bułką i dodatkami także podzielę się. Dodatkowo, poproszę o 4 talerzyki, na które przełożę odrobinę surówki i frytki. No i będziemy zajadać się hamburgerem… używając sztućców. Że co? Sztućce do burgera? Wikipedia podaje między innymi, że hamburger umieszczany jest „…między dwoma kawałkami lekko przypieczonej, poprzecznie przeciętej bułki (co pozwala go jeść trzymając w dłoni, bez pomocy sztućców)…” Tak, to co jest napisane w nawiasie powinno mieć odniesienie do rzeczywistości. Bez pomocy sztućców. Porządny burger to taki, którego da się ścisnąć dłońmi tak, żeby zmieścił się w ustach, nosz kuźwa mać!

Jak po łokciach siknie sok z mięsa i sos to dobrze. Ilość zużytych serwetek po konsumpcji pokazuje, że ujebać się burgerem to rzecz normalna. Ale zjeść go w rękach, a nie za pomocą sztućców. Burgery wzięły się z przydomowego BBQ, jedzenia na świeżym powietrzu, potem konsumpcja przeszła częściowo na ulice. A, zapomniałem, przecież jedzenie street foodu w rozumieniu burgerów na ulicy za pomocą sztućców to rzecz normalna. Dawid, w jakim ty świecie żyjesz, ogarnij się! 

Panie premierze, jak jeść, jak jeść?!


Jak widzę takie kombo a’la Jenga zastanwiam się jakbym do tego się zabrał. Sztućcami? Przecież tę kwestię już wyjaśniłem – nie! Hm, to może tak – biorę taką więżę-burgera w dobrej wierze i pełen nadziei na mission complete. Stawiam go na krzesło i siadam na tym. Siadam aż cała potrawa zrobi się taka, żebym mógł ją potem zapakować do ust. Tylko czy mi się to uda? Nie wiem jak bardzo otwierają się usta tym, co wymyślają i przygotowują takie piękne Jengi. Ja mam tylko 42mm odstępu między górną i dolną szczęką – serio, zmierzyłem, więcej nie otworzę. Dokładnie 42mm przy otwartej mej gębie jest miedzy krzywymi jedynkami i jeszcze bardziej kaprawymi dwójkami.

Może jestem jakiś upośledzony szczękowo-żuchwowo ale naprawdę nie dam rady bardziej otworzyć mojej japy. I gdy taka refleksja mnie najdzie jak to jeść, to nagle ogarniam się i mówię sobie – dobrze, że nie siadłeś na tym burgerze – przecież oni tam wkładają patyka do szaszłyków! Uff, chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe. Drewienko jest niezbędne do tego aby całość się trzymało kupy! Bez patyczka Jenga-burger nie ustoi raczej. No dobra, może spróbujmy inaczej – rozkładam burgera, ściągając na talerz górne warstwy mięsa. Odkładam aż uzyskam wysokość burgera, która zmieści się do mojego ryja. Czyli tak sobie podjadam kotlecik po kotleciku. Co jakiś czas szarpnę pomidora i zagryzę kupną cebulką prażoną. I tu widzę jedyne słuszne użycie sztućców – pokroić mięso. Ale zaraz, a co z bułką? Bułkę tez kroimy nożem? W sumie ja codziennie jak robię sobie kanapki z szynką i serem to kroje je na małe kawałeczki. Nie, nie biorę kanapki do ręki – jem sztućcami. 

Chylę czoła


Zatem gratuluję pomysłowości wszystkim, którzy tworzą takie arcydzieła, takie można by rzec, małe wieże w Pizie, a może w Lublinie lub innym mieście. Doceniam dobór dodatków, ilość mięsa, troskę o gościa aby nie wyszedł z burczącym brzuchem, bo jak wiadomo, w pustym bębenku kiszki marsza grają. Wszystko fajnie poza tym, że jedzenie (jako danie i czynność) musi być też praktyczne. A to za cholerę nie jest. 


PS
Podobno Jenga-burger będzie niebawem dostępny w wielu lokalach! Ino czekać na okazję i odkładać wypłatę.

hamburgery najlepsze burgery, w Polsce Lublinie dodatki do burgerów blog kulinarny mEATing warsztaty pokazy kulinarne Dawid Furmanek


PS 2
Tak, niektórzy "restauratorzy" deklarują, że będzie opcja dowozu do domu (do 4 czy tam 5 nad ranem).



2 komentarze :

Granitprodukten Hersteller pisze...

Polecam zawsze wszystkim- rób w domu. Wtedy wiesz co jesz i jesz jak chcesz.

https://www.bezbiku.info/ pisze...

Całkowicie zgadzam się z autorem i jak widzę jak rano ludzie stają przed makiem to mnie na wymioty bierze. Fastfoody opanowały Polskę i trzeba z tym walczyć.

Prześlij komentarz